|
|
|
Osiągnięto dzienny limit pobrań.
Aby kontynuować, potwierdź, że nie jesteś botem.
Po poprawnej weryfikacji pobieranie rozpocznie się automatycznie,
a to okno możesz zamknąć.
MURPHY BLEND - FIRST LOSS (1971/2026) [MP3@320] [FALLEN ANGEL] |
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
Ten wydany na początku 1971 roku przez wytwórnię Kukuck (znanej m.in. również z płyt formacji Out Of Focus i Armaggedon) wspaniały album zapomnianej, niemieckiej formacji - moim skromnym zdaniem jest prawdopodobnie najlepszym tytułem z Niemiec z kręgu ciężkiego, progresywnego rocka! Ten pełen wyobraźni album charakteryzował się doskonale wyważonymi proporcjami pomiędzy chwytliwymi riffami gitary a dominującymi tutaj, klasycyzującymi, organowymi pasażami. Jako miłośnikowi Deep Purple po prostu trudno mi się od tej płyty oderwać, aczkolwiek w porównaniu do Brytyjczyków Murphy Blend brzmią raczej tak, jakby liderem był tam dla odmiany opętany twórczością klasyków (głównie Bacha) ichniejszy Jon Lord a niemiecki Blackmore grał nieco oszczędniej i nieco z tyłu. Tej płyty nie wolno przegapić! Doskonały dźwięk - nieco klarowniejszy niż na edycji Ohrwashl, no i znacznie fajniejszy booklet zawierający kilka rzadkich zdjęć tego kapitalnego zespołu! UWAGA! Umieszczony na końcu płyty krótki dźwięk zegara z kukułką pojawiał się zawsze na koniec każdej winylowej strony albumów wytwórni Kuckuck a dotychczas nie był uwzględniany!
JL
Pojawili się w Berlinie Zachodnim niczym grom z jasnego nieba rozświetlając na moment tamtejszą scenę rockową. Pozostawili po sobie ślad w postaci albumu „First Loss” wydany w 1971 roku, o którym pewnie mało kto dziś pamięta, po czym zniknęli na zawsze. Zespół, o którym mówię to kwartet MURPHY BLEND założony przez grającego na instrumentach klawiszowych studenta trzeciego roku berlińskiej Akademii Muzycznej, Wolfa-Rudigera Uhliga, gitarzystę Wolfganga Rumlera, basistę Andreasa Scholza i perkusistę Achima Schmidta.
O tej, było nie było, efemerycznej grupie niewiele wiadomo. Nawet geneza jej nazwy nie jest do końca jasna. Jedni uważają, że był to ukłon w stronę twórczości irlandzkiego dramaturga Samuela Becketta, a konkretnie jego awangardowej powieści „Murphy” z 1938 roku. Jednak większość (do których i ja się zaliczam) skłania się ku tezie, że chodzi tu o znaną markę popularnego wówczas tytoniu. Rzut oka na poetycką, choć nieco naiwną okładkę płyty rozwiewa jakąkolwiek wątpliwość – obłok dymu wydobywający się z cybucha fajki trudno skojarzyć z dziełem Becketta.
Do nagrania płyty muzycy podchodzili dwukrotnie rejestrując ją w monachijskim Union Studios w dniach 5-9 października, oraz 2 i 4 grudnia 1970 roku pod okiem producenta Jonasa Porsta, któremu rozgłos przyniosła współpraca z popularną formacją Out Of Focus. Miłość do muzyki klasycznej z epoki romantyzmu, a szczególnie do Roberta Schumanna skłoniły Uhliga, by płytę nazwać „First Loss”, tak jak kompozycji Schumanna, która w oryginale nosi tytuł „Erster Verlus Op.68 No.16”. Jeśli w tym momencie ktoś obawia się, że zespół będzie epatować nas transkrypcjami muzyki klasycznej uspokajam – to jest klejnot ciężkiego progresywnego grania z piekielnym brzmieniem organów Hammonda, mocną gitarą i dynamiczną sekcją rytmiczną. We wczesnym niemieckim rocku byli oryginalni, wypracowali własny, unikalny styl łącząc psychodeliczne brzmienie z hard rockiem, bluesem i muzyką klasyczną podpierając go aktualnymi tekstami. Pojawiają się tu też małe drobiazgi, które przypominają mi wczesny Eloy – ot choćby mroczny, dryfujący dźwięk syntezatora tak charakterystyczny dla późniejszych nagrań tego słynnego zespołu, co tylko dodało całości dodatkowego smaku. I choć dziś zalicza się ich do pionierów krautrocka uważam, że bliżej im do angielskiej sceny progresywnej.
Album, wydany przez legendarną niemiecką „Kukułkę” (Kuckuck) ukazał się wczesną wiosną 1971 roku. Na płycie znalazło się sześć znakomitych nagrań, oraz siódmy, trzysekundowy(!) „Happiness”, który czyni go najkrótszym w historii rodzimego rocka. Taki żart zespołu.
Wszystko co dobre zaczyna się już od pierwszych dźwięków „At First”, nagrania otwierającego album, z doskonałym intro, które szybko nabiera pełnego brzmienia dzięki bombastycznemu brzmieniu Hammonda. To tylko zaostrza apetyt na kolejne odsłony. Powolny „Speed Is Coming Back” przesiąknięty gitarą, z organami dającymi odpowiedni smak powoduje u mnie dreszcze. Nie po raz pierwszy, gdyż tuż po nim dostajemy blues rockowy monster – ponad siedmiominutowy „Past Has Gone”. Zwracam uwagę jak kapitalnie bas, perkusja i organy, do których dołącza grająca unisono gitara przez cały czas trwania numeru budują odpowiedni nastrój. Nie chcę nadużywać wielkich określeń, ale słowo arcydzieło samo ciśnie się na usta.
„Präludium / Use Your Feet” pokazuje zespół od bardziej klasycznej strony, choć agresywna solówka organowa bliska jest art rockowi. Odnoszę wrażenie jakby cały numer był w ciągłej fazie ewolucji, a jego rozwój w pełni rozkwitł na scenie. Czy tak było..? Niestety, nie zachowały się żadne koncertowe nagrania, więc jedynie mogę się domyślać się, że tak. Tuż po nim kolejna atrakcja tego wydawnictwa, czyli utwór tytułowy układający się w mini suitę. To także indywidualny popis muzyków mogących zabłysnąć swym kunsztem. Pierwsze minuty wprowadzają nas w klimat rockowej psychodelii spod znaku Pink Floyd, by potem bez pardonu ostro zaatakować ciężkim brzmieniem z przesterowaną gitarą na czele. Nie jest to jednak typowa „łupanka” albowiem ostre dźwięki przeplatane są delikatnymi wstawkami fortepianu. No i Uhlig nie byłby sobą, gdyby nie zacytował swojego ulubieńca i jego „Erster Verlust”. Całość, trwająca blisko osiem minut, buzuje jak w kotle parowym i skrzy się fantastycznymi pomysłami, które odkrywać można na nowo z każdym kolejnym przesłuchaniem. Kończący płytę „Funny Guys” wbrew tytułowi nie jest zaproszeniem do zabawy. Oparty na epickim brzmieniu organów jest ukłonem w kierunku J.S. Bacha. Utwór z zacytowanym fragmentem jego „Toccaty i fugi de-moll” jest punktem wyjścia dla rozwijającego się i kipiącego energią numeru. Trudno jest mi sobie wyobrazić lepsze zakończenie tak znakomitego jak ten albumu.
W swojej kolekcji mam kilkadziesiąt płyt z niemieckim rockiem z lat 70-tych i za każdym razem, gdy siadam przed klawiaturą, by o nich pisać mam problem. Znaczna ich część to jamowe, rozciągnięte do granic absurdu dziesięcio-, piętnastominutowe granie w których tempo NIGDY się nie zmienia, najprostsze riffy powtarzane są do znudzenia, a lamentujący wokaliści śpiewający po angielsku z mocno germańskim akcentem powodują u mnie mieszane uczucia. Nie mniej przyznaję, że czasem przynosi to dobre rezultaty prowadząc na przykład do nieplanowanej drzemki z wciąż założonymi na głowie słuchawkami. Takiego dylematu nie mam w stosunku do Murphy Blend i ich płyty ponieważ jest to jeden z najlepszych albumów tamtego czasu i tamtego miejsca. Mieszanka ciężkiego rocka doprawiona sugestywnymi wstawkami muzyki klasycznej, z dominującym Hammondem brzmiącym jak Godzilla w Budokanie od początku do końca sprawia mi przyjemność. I tę przyjemność w słuchaniu muzyki cenię sobie najbardziej.
Zibi
Sole album and one of the best from the country at the time, this typical prog quartet showed amazing maturity for their first album. Recorded in Munich in late 70 and released on the legendary Kuckuk label (Munich-based as were label-mate Ihre Kinder and especially Out Of Focus and other label monster Amon Duul II), this album is a gem in the heavy progressive vein, mixing some classical influences with their hard rock, mostly through their organ-player Uhlig - the prime composer of the group. A very naïve but poetic drawing on the cover is intriguing us right off the bat, and the music inside is definitely at the height of the hopes raised.
From the opener At First (an excellent intro but careful not to reveal too much of what is to come) to the slow starter Speed Is Coming Back (guitar-drenched but the organs are what gives it flavour) to the monster track (only 7 min+, but awesome in its bluesy organ- drenched dramatic scheme) Past Has Gone draws a few chills and would be close to a masterpiece if the vocals were not a bit under-mixed. A good organ solo dividers the track and the way the groups rebuilds quickly is quite impressive.
Opening the second side of this wax slice is the track that shows most of their classical influences, but they do much more than that, as the track is in constant evolution. Comes in the wild title track (under 8 min) which is the other highlight of the album, is a powerful work-out giving a chance for everyone to shine. Somehow, some Vanilla Fudge references are also a bit evident here at times. Closing track (not exactly but almost) is a call to fun as the Bach tribute/fugue and the short finale is a laugh.
As superb this album was, they broke-up soon after and aside from a few short lived groups just after, these guys will not be having a career that this album hints at. Truly one of those lost prog gems, even if the self-indulgent spirit of those years is stopping it from the upper star.
Sean Trane
Very good for its own level - that's why 4 stars. Made more in a proto-heavy-prog way, MURPHY BLEND shows immense influnces from URIAH HEEP and DEEP PURPLE (as well as some tricks from THE DOORS or LED ZEPPELIN). A Must for 70s Prog fans and rarities' collectors, it also could be an excellent addition to every Heavy Prog collection. Less mature than 2066 AND THEN or above-mentioned Legends, nevertheless MURPHY BLEND can provide you with a good mood for these 35 minutes. Recommended.
Prog-jester
1. At First 4:32
2. Speed Is Coming Back 5:58
3. Past Has Gone 7:30
4. Präludium / Use Your Feet 5:32
5. First Loss 7:44
6. Funny Guys 3:38
7. Happiness 0:03
Vocals, Guitar - Wolfgang Rumler
Vocals, Organ, Piano, Harpsichord - Wolf-Rüdiger Uhlig
Bass - Andreas Scholz
Drums, Vocals - Achim Schmidt
https://www.youtube.com/watch?v=zW1VUKSg4VY
SEED 15:00-22:00.
POLECAM!!!
[ Pokaż/Ukryj ]
Podgląd zawartości dostępny jest tylko dla zalogowanych użytkowników.
|
|
|
Komentarze |
| Aby móc komentować musisz się zalogować
|
|
|