...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI.
Wiosną 1980 roku Joy Division stał u progu światowej kariery. Europejscy fani wyczekiwali premiery singla "Love Will Tear Us Apart" (znanego już za sprawą radiowej sesji dla Johna Peela) i drugiego pełnowymiarowego albumu, a zespół szykował się do swojej pierwszej amerykańskiej trasy. W przeddzień wyjazdu Ian Curtis postanowił jednak zakończyć swoje życie. Pozostali muzycy zdawali sobie sprawę, że nie można zastąpić najważniejszego, najbardziej rozpoznawalnego członka zespołu i podjęli jedyną słuszną decyzję - zakończyli działalność pod szyldem Joy Division (i kontynuowali współpracę pod nazwą New Order). Śmierć wokalisty sprawiała jednak, że przynajmniej w Europie zespół stał się niezwykle popularny - debiutancki "Unknown Pleasures" nagle zaczął pojawiać się na listach sprzedaży, a wkrótce dołączył do niego nowy album, zatytułowany "Closer".
Nie da się pisać o tym longplay pomijając powyższy kontekst. To jeden z najbardziej depresyjnych i ponurych albumów w historii fonografii, szczególnie w warstwie tekstowej - odczytywanej jako zapowiedź nadchodzącej tragedii - ale też odpowiednio dobranej muzyki. Przebój "Love Will Tear Us Apart" nie przypadkiem został pominięty - tak pogodny utwór zwyczajnie by tu nie pasował. Zespół dopracował styl z debiutanckiego albumu, jeszcze dalej odchodząc od zwykłego punku, na rzecz gotyckiej atmosfery. Głos Iana Curtisa jest tutaj jeszcze bardziej przepełniony smutkiem i odrealniony, charakterystyczne partie basu i prosta gra perkusji (lub automatu perkusyjnego) wprowadzają w niemal transowy nastrój, a wycofana gitara dodaje przestrzeni. W porównaniu z debiutem, więcej tutaj brzmień klawiszowych, które (nie zawsze) podkreślają brzmieniowy chłód.
"Atrocity Exhibition" doskonale wprowadza w klimat całości. W warstwie instrumentalnej na pierwszy plan wybija się jakby plemienna perkusja, której towarzyszą gitarowe sprzężenia i wyjątkowo oszczędna linia basu (efekt zamiany ról przez Sumnera i Hooka). Warstwa wokalna to już natomiast dokładnie to, czego należało spodziewać się po Curtisie. W utrzymanych w szybszym tempie "Passover", "Colony" i "A Means to an End" klimat jest równie gęsty i ponury. A potem zaczyna się najlepsza część albumu: bardzo transowy w warstwie rytmicznej "Heart and Soul", rozpędzony, wykonany z wielkim zaangażowaniem "Twenty Four Hours", a także przejmujący "The Eternal" niewątpliwie świadczą o większej dojrzałości kompozytorskiej muzyków oraz umiejętności jak najlepszego i najbardziej kreatywnego wykorzystania swoich możliwości, dzięki czemu wszelkie techniczne braki nie mają żadnego znaczenia. Finałowego "Decades" nie wymieniłem razem z poprzednią trójką tylko dlatego, że dość tandetne brzmienie syntezatora nie pasuje do posępnego klimatu tego utworu. Podobne brzmienia syntetyczne pojawiają się także w "Isolation", z tą jednak różnicą, że tutaj cały utwór wypada zaskakująco trywialnie i dość radośnie, co naprawdę szkodzi spójności albumu. Bez tych niespełna trzech minut całość i tak byłaby wystarczająco długa, a tylko by na tym zyskała.
Pomimo pewnych niedoskonałości, "Closer" to wielkie dzieło. Bez wątpienia jeden z najlepszych i najważniejszych albumów lat 80., całkowicie zasłużenie cieszący się tak wielką popularnością. Samobójstwo Curtisa niewątpliwie pomogło w odniesieniu sukcesu, jednak zawarty tu materiał broni się sam. Trochę tylko szkoda, że zespół w tym składzie nie nagrał więcej albumów. Z drugiej strony dobrze, że nie istniał na tyle długo, by spaść poniżej tego poziomu.
Paweł Pałasz
Present:
Jedną z moich pasji jest fotografowanie nagrobków. Cóż, profesja historyka sztuki (nawet w chwilowym zawieszeniu) to dziwne skrzywienie. Tak, biegam po cmentarzach z aparatem. Zimą, latem, wiosną i jesienią. I fotografuję przeszłość spowitą w ciszę i delikatny odór śmierci. Płaczące anioły, złamane kolumny, obeliski, te wszystkie Non omnis moriar oraz Mors Janua Vitae. A to Powązki albo mały parafialny cmentarz gdzieś na Dolnym Śląsku (chociaż jeden z kolegów po redakcyjnym fachu powiedział, że Śląsk jest jeden), na którym ci wszyscy Von CośTam od stuleci spoczywają. Ale nie przemieszczam się po nekropoliach jak Nosferatu lub TEN NOSFERATU. Jeszcze (o dziwo i wbrew przeciwnościom losu) tli się we mnie iskierka życia, a o Ars Bene Moriendi to mogę poczytać w rozprawach naukowych mego autorstwa (no dobrze w 2 artykułach historyczno-sztucznych dostępnych tylko dla fachowców).
Past:
Gdzieś na falach radiowych w bardzo dawnych czasach, w godzinach nocnych usłyszałam Closer Joy Division. Spiker ciepłym, ale jednocześnie bardzo charakterystycznym głosem opowiedział historię, fachowo wgryzł się (jak to z wampirami bywa) w teksty. Jako młoda, niedoświadczona dziewczyna niewiele z tej wypowiedzi zrozumiałam. Muzyka była zimna, nieprzyjemna, powodująca skurcz. Głos wokalisty odrealniony i jakiś taki martwy. Zafascynowana w tamtym okresie przedstawicielami radosnej twórczości pudelmetalowej nie załapałam kontekstu. No może znałam jeden utwór zespołu (tak zwany hit), który nota bene na opisywanym przeze mnie albumie się nie znalazł. Jeszcze jedno: niemalże w przeddzień trasy koncertowej i wydania TEGO albumu, wokalista zespołu powiesił się w swoim domu na lince od suszenia prania (depresja, alkohol, epilepsja, rozkład pożycia i Stroszek Herzoga to wybuchowy koktajl). Stwierdziłam, że Ian Curtis to świr. Tak wówczas odbierałam Joy Division. Muzyka mi się nie podobała (bo nie napierdalali na gitarach i jacyś dziwni byli), teksty też jakieś takie dołujące były. Żadnego peace, love and understanding tylko there's no turning back the last stand, heart and soul, one will burn.
Present:
Na okładce albumu fotografia z przepięknego genueńskiego Cimitero Monumentalne di Staglieno. Zresztą, Joy Division zaskakiwało okładkami (bardzo prostymi, bez udziwnień, ale o dużym ładunku emocji). Okładka posępna i złowieszcza. Jak śmierć. Jak wszechobecna na Closer atmosfera zgnilizny i „tej złowieszczej chwili, kiedy...”.
Każdy z nas ma w życiu momenty, w których chce się wyć i krzyczeć (wiem – to truizm, ale to zdanie ładnie mi się w recenzji komponuje). Stan zachwiania i zawieszenia między Mrokiem a Światłem. W każdym z nas ścierają się te przysłowiowe dionizyjskie i apollińskie elementy. Dobro oraz zło. Piekło codziennego życia jest w ciągłej konfrontacji z piekłem w naszym umyśle. I uwierzcie (bądź nie) ale wówczas twarz wykrzywia się w munchowskim Krzyku. Pod powierzchnią zeskorupiałej gombrowiczowskiej gęby tli się i burzy gotowa do erupcji zbolała magma jestestwa. Closer to podróż pełna niebezpieczeństw jednak niezwykle w swej posępności piękna. Wyprawa wgłąb ludzkich uczuć i przeżyć, wiwisekcja niemalże do jądra ciemności ludzkiej egzystencji. Nie jest to album, którego powinno się słuchać w głębokich stanach depresyjnych. Samotność, odrzucenie, brak perspektyw i celu w życiu, niemalże fizyczny ból codziennego zmagania się z samym sobą. Poranne wstawanie na siłę i nienawiść do swego odbicia w lustrze. Traceni z dnia na dzień znajomi (our friendship never died, but stranger ways that froze on highs), wizyty u konowała, po których delikwent wychodzi z kolejną porcją antydepresantów i z pustym portfelem. Wdziewana i ściągana coraz mniej wygodna maska silnej, łebskiej bizneswoman, swojskiego twardziela, atrakcyjnego menedżera, ojca rodziny, gwiazdy rocka. Closer to dziewięć opowiedzianych tekstem i dźwiękiem historii, składających się na monolog zagubionego i przerażonego człowieka, który nie znalazł odpowiedzi na pytanie: JAK ŻYĆ?
A muzyka? Prosta, wręcz czasami ocierająca się o instrumentalny dyletantyzm. Bez udziwnień i zadęcia. Panowie wielkimi instrumentalistami nie byli i to słychać. A jednocześnie sporo w tej muzyce emocji. Jakby pod lodową skorupą żarzył się ogień. Niemożliwe. Jednak tak. Słuchając Closer mam czasami odczucia dojmującego lodowatego zimna. Tysiące lodowych mini igiełek przewierca mnie na wylot. A po chwili – płomień. Minimalizm w grze (bo przecież nikt z tej czwórki z Manchesteru grać na jakimkolwiek instrumencie nie potrafił). Takie chociażby Atrocity Exhibition oparte na prościutkim bicie bębnów, ograniczonych do minimum partiach gitar ( toż to prawie prześlizgiwanie się po strunach) i leniwym, zbolałym głosie Curtisa. Isolation – to już prawdziwy minimalizm. Powtarzane frazy refrenu na tle skromniutkiej instrumentalizacji. I to nieodparte wrażenie przytłoczenia i duszności.
I'm doing the best that I can
I'm ashamed of the things
I've been put through
I'm ashamed of the person I am
I jeszcze A Means to an End, w którym melancholia i smutek znalazły apogeum. No i wyeksponowany bas Petera Hooka.
Jest mi ciężko pisać o Closer, ponieważ nie da się tego albumu analizować bez korelacji z samobójczą śmiercią Iana Curtisa. Być może tragedia wrażliwego i co to dużo mówić bardzo chorego chłopaka zaważyła na postrzeganiu Closer jako kasandrycznej przepowiedni i (co zabrzmi złośliwie) zespołowi pomogła, a jego samego ustawiła w szeregu tych nieszczęsnych „poetów przeklętych” i sprowadziła do pozycji „ikony” szeroko rozumianej popkultury. Curtis spalił się jak Feniks na popiół. Pytanie: co artysta ujrzał za tymi drzwiami pozostanie nierozstrzygnięte.
Past:
Słuchając wówczas tej jesiennej, późnej nocy radiowej audycji, być może zastanawiałam się, czemu ten zespół jest uważany za fenomen. Muzyka przecież jest łopatologicznie prosta, wręcz niechlujnie zagrana. Jakaś taka bez polotu. Zimna i prymitywna. Ale jednak do Closer od czasu do czasu wracam. Dla przestrogi. Terapia szokowa gwarantowana.
PS. O muzyce mało napisałam. Po prostu się nie da. Wybaczcie.
Lothien
Czasami zastanawiam się, co by się stało, gdyby Ian Curtis nie popełnił samobójstwa 18 maja 1980 roku. Jak wyglądałaby jego kolejna płyta? W jaką stronę ewoluowałaby jego muzyka? Co mogłaby zmienić trasa koncertowa po Stanach Zjednoczonych, w przededniu której Curtis odebrał sobie życie? Wreszcie: jak Joy Division zmieniłoby oblicze światowej muzyki? Pierwsza płyta odmieniła na długie lata brytyjski rock, a jej wpływy widoczne są do dziś. Omawiana tu Closer ma wpływ jeszcze większy, będąc nie tylko przykładem genialnego zmysłu kompozytorskiego Curtisa i kolegów, ale również początkiem tzw. rocka gotyckiego. Trzeciego wydawnictwa nie było. Pozostaje zająć się tym, co mamy.
Unknown Pleasures miało swoje oczywiste niedociągnięcia: było niechlujne, perkusja grała nierówno, wokal kulał, przez co całość brzmiała na poły amatorsko. Mankamenty te nie były jednak w stanie odebrać płycie trudnego, mrocznego, depresyjnego klimatu, który wynagradzał oczywiste ograniczenia techniczne muzyków. Closer eksploruje mniej więcej te same obszary, tyle, że pozbawiony jest wszystkich wad debiutu, a dodatkowo proponuje coś więcej. Muzycy są wreszcie w pełni świadomi tego, co robią, zdają sobie sprawę, jaki rezultat chcą osiągnąć i konsekwentnie do niego dążą. Mogą więc oni na dobre odciąć się od punk rocka, który na debiucie pobrzmiewał zarówno w kompozycjach, jak i w surowości brzmienia. Closer jest już w pełni post punkowy. Jak gdyby na dowód tego muzycy o wiele częściej sięgają po syntezator, wzbogacają brzmienie o elektroniczne wtręty, zaś niektóre utwory zagrane są wręcz w żółwim tempie (The Eternal). Warto również spojrzeć na spis piosenek, a dokładnie na czas ich trwania: jeżeli punk rock definiowano przez krótkie kompozycje, odcinające się od rozbudowanych aranżacji, charakterystycznych zwłaszcza dla rocka progresywnego, to Joy Division ponownie sięga po złożone ustrukturyzowanie.
Złożoność nie oznacza jednak w tym przypadku skomplikowania. Zimna fala w wydaniu Closer wciąż zachowuje swoje najbardziej charakterystyczne elementy, to znaczy oszczędność brzmienia (syntezator niewiele zmienia w tym temacie) oraz motoryczność, zwłaszcza linii basu i perkusji, która uderza tu jeszcze bardziej niż na debiucie. W rezultacie całość okazuje się znacznie bardziej zimna, zdehumanizowana i wyzuta z czynnika ludzkiego. Ten przejawia się jedynie w postaci Iana Curtisa – w jego głosie i tekstach. Nie oznacza to jednak, że sama muzyka pozbawiona jest emocji. Te są obecne – trudno nie wyczuć ich w kroczących fragmentach The Eternal oraz Decades czy w rozhukaniu Twenty Four Hours – lecz zarazem są one w dziwny sposób wypaczone, jak gdyby ujęte z dystansu i domieszane z ironią, przez co ich pozorna głębia staje się niepokojąca. Być może właśnie ze względu na tę atmosferę w odniesieniu do omawianej płyty po raz pierwszy użyto określenia „rock gotycki”. Jeżeli epitet „gotycki” ma być synonimem ciężaru, mroku i przenikającego do szpiku kości niepokoju, jestem w stanie bezkrytycznie zgodzić się z tym określeniem.
Całości tych wrażeń dopełniają wiersze i wokal Curtisa. Pisać o nich można wiele, ale nic nie zastąpi ich usłyszenie na tle muzyki Joy Division. W oderwaniu od melodii powtarzać można jedynie komunały o alienacji, poczuciu zagrożenia, wrażeniu upływającego czasu, dekadentyzmie. Problem w tym, że te banalne określenia nie pozwalają wniknąć głębiej, zaś cały „urok” Joy Division polega na tym, by umieć sięgnąć dalej. Obiektywnie, poza kontekstem własnych emocji, stwierdzić można jedynie pewne ogólniki – Curtis śpiewa lepiej, bardziej czysto, jego głos zmienia się z piosenki na piosenkę oraz w ich obrębie. Oczywiście, Curtis nie był nigdy wielkim wokalistą, ale nie o wielkość tu chodzi – można być geniuszem techniki, lecz nie osiągnąć nawet części tego, co wokalista Joy Division osiąga będąc po prostu sobą i odkrywając przed słuchaczem mroki własnej duszy.
Mimo że Closer stanowi genialną ewolucję w stosunku do Unknown Pleasures, obie płyty dzielą ten sam problem – zależność końcowej oceny od własnej emocjonalności. Oba studyjne wydawnictwa wydają się być raczej zwierciadłem, w którym możemy przejrzeć się my. Jeżeli jesteśmy odpowiednio podatni na to, co proponuje nam Joy Division, ciężki, depresyjny, mroczny i wilgotny klimat pochłonie nas bez reszty. W innym wypadku możemy zbyć całość wzruszeniem ramion. Ian Curtis okazuje się jednak tak przekonujący, że całkowita obojętność jest prawdopodobnie niemożliwa. Dlatego Closer to płyta, której trzeba posłuchać – z pasji albo z ciekawości, choć, niestety, nie z przyjemności.
Wracam do pytania z początku: jak mogłaby wyglądać trzecia płyta Joy Division? Sądzę, że na to pytanie nie da się odpowiedzieć. Closer jest zbyt dużym krokiem naprzód, by jakiekolwiek dywagacje miały w tym miejscu uzasadnienie. Myślę zresztą, że najbardziej wiarygodne wyda się inne stwierdzenie: przyglądając się osobowości Curtisa, przebijającej przez piosenki, zawarte na Closer uzasadnione staje się przypuszczenie, że trzecia płyta po prostu nie mogła powstać. Pozostaje zatem powracanie do Closer, co często czynię; w otwierającej ją piosence Curtis śpiewa hipnotycznym głosem: „this is the way, step inside”. Niestety, nie potrafię mu nie ulec.
Jacek
Brytyjski zespół rockowy Joy Division powstał w 1976 w Salford, Greater Manchester. Wykształcił się z punkowej grupy Warsaw, grał posępną, refleksyjną muzykę. Ostatecznie jego styl muzyczny zaklasyfikowano do post punka i nowej fali. Popularność zespołu w Polsce rozpoczęła się jesienią 1980 roku, kiedy jego muzyka dotarła do słuchaczy Programu III Polskiego Radia. Wielkim promotorem ich twórczości był redaktor Tomasz Beksiński.
Joy Division nagrali dwa albumy studyjne: „Unknown Pleasures"(1979) oraz „Closer” (1980). Ten drugi ukazał się już niestety po śmierci wokalisty Iana Curtisa. Warto jeszcze dodać, że pojawiły się też 4 albumy koncertowe i ponad 10 kompilacyjnych oraz kilkanaście singli tej nowofalowej formacji. W styczniu 1980 roku Joy Division rozpoczął europejską trasę koncertową, grając między innymi w Holandii i Niemczech i tuż po jej zakończeniu rozpoczęła się sesja nagraniowa. Utwory na płytę „Closer” zarejesrowano w studio Britannia Row w Londynie. Warto wiedzieć, że to słynne studio nagraniowe zostało założone przez muzyków grupy Pink Floyd pod koniec 1975 roku i nagrywało w nim wielu artystów i zespołów, takich jak Kate Bush, The Cult, New Order czy Snow Patrol.
Z okazji 40. rocznicy premiery albumu „Closer" ukazuje się reedycja tego dzieła. Płyta miała swą premierę 18 lipca 1980 roku. Tegoroczne wydawnictwo, wytłoczone na kryształowo-przezroczystym winylu, będzie następcą ubiegłorocznego wznowienia przełomowego debiutu formacji "Unknown Pleasures". Jednocześnie na winylowych 12-calowych krążkach ukażą się zremasterowane wersje niepochodzących z albumów singli "Transmission", "Atmosphere" oraz "Love Will Tear Us Apart". Od upadku wytwórni Factory single te nigdy nie były wznawiane. Teraz trafią do sprzedaży na 180-gramowych analogach z oryginalną grafiką okładkową. Okładka "Transmission" dodatkowo zostanie ozdobiona tłoczeniami.
Warto więc przypomnieć muzykę, która kształtowała tamte młode pokolenie, jak również kreowała całkowicie nowe brzmienia. W tamtym okresie była to muzyka wręcz rewolucyjna mająca duży wpływ na środowisko artystyczne. Już sama okładka płyty - grobowiec rodziny Appiani - może niezbyt dobrze nam się kojarzyć z zawartością mrocznej, ponurej, emocjonalnej i porażającej swym wydźwiękiem muzy. Również teksty, które odzwierciedlają dramat artysty, przytłaczający go świat w połączeniu z tak dołującą muzą mogą wywołać niepokojący odruch zatrzymania tego muzycznego szaleństwa. Podobnie jest z horrorami: boimy się, ale nasza ciekawość nie pozwala nam przerwać tego seansu.
Więc niech nadal rozbrzmiewa Joy Division ze swej kultowej już dziś płyty dającej siłę i wysoką pozycję w hierarchii muzycznej, nieulęgającej trendom, która poprzez swój minimalizm uderza poetycką prostotą. W utworze otwierającym ten album „Atrocity Exhibition” powtarzane słowa „Tędy prowadzi droga, wejdź do środka” i perkusyjny powtarzalny motyw pchają nas w otchłań okropności świata i ludzi, z której nie sposób się uwolnić. Poszczególne kompozycje wydawać się mogą monotonne i archaiczne, a do tego jeszcze wokal Iana Curtisa, jego melorecytacje, bezbłędnie wpasowują się w tą mroczną atmosferę. Przesterowane brzmienie gitar również współtworzy ten niezwykły klimat. Partie basu i brzmienie perkusji wprowadzają transowy motyw, który przenika słuchacza. Pod koniec strony „A” Joy Division nieco przyspiesza tempo w nagraniach „Colony” i „A Means to an End”. Pomimo przygnębienia i depresyjnej aury panuje w tej muzyce pewien intrygujący i przyciągający do głośników ton.
Obracamy płytę winylową na stronę „B”, którą otwiera rytmiczne nagranie „Heart And Soul”. To muzyczne zapętlenie trochę kojarzy się z zaciętą płytą. Tak to sobie muzycy wymyślili i tak to zagrali - trzeba przyznać, że dokonali tego w sposób niepozostawiający złudzeń co do ich muzycznego wyczucia. Wielce elektryzujący jest też utwór „Twenty Four Hours". Album „Closer" ma to coś, co powoduje, iż każdy następny utwór robi większe wrażenie od poprzedniego i dlatego nasz zachwyt nad tą muzyką wzrasta z każdą kolejną kompozycją. Zamykające płytę tematy "The Eternal" i "Decades" ugruntowują przeświadczenie z jak ciężką chorobą musiał się zmierzyć Ian Curtis…
Na tym albumie pojawił się syntezator, który moim zdaniem odegrał miłe dla ucha dźwięki towarzysząc w kilku utworach również w tych ostatnich minutach płyty. Może trochę brzmi on zbyt nowatorsko i niektórzy mogą być zniesmaczeni tym instrumentem. Dla mnie jednak jest istotnym elementem w realizacji architektonicznej muzycznej koncepcji Joy Division. Muzyczna generacja „zamierzchłych” czasów nadal ma się dobrze i nie poprzestaje na rozwijaniu swych muzycznych światów. Ale to już inna historia na inną okazję.
Tymi słowami kończy się ten przełomowy dla muzyki rockowej album:
„Oto są młodzi niosący ciężar
Oto są młodzi, gdzie oni byli?
Dobijaliśmy się do drzwi najczarniejszych komnat piekła
Doprowadzeni do ostateczności wdarliśmy się do środka
Zza kulis obserwowaliśmy powtórkę przedstawienia
Zobaczyliśmy w nim siebie jak nigdy przedtem
Był to obraz urazów i degeneracji
Oraz cierpień, od których nie uwolniono nas nigdy.
Przesiąknięci żalem - teraz nasze serca przepadły na zawsze
Nie potrafimy pozbyć się strachu i dreszczu zagrożenia
Te rytuały wskazały nam tylko drogę do drzwi
Otwartych i zamkniętych, a potem zatrzaśniętych nam w twarz
Gdzie oni byli, gdzie oni byli...”
Album „Closer” wzbudza zainteresowanie i podziw po dziś dzień i pewnie dlatego zajmuje ważną pozycję w wielu muzycznych zbiorach, które czasami trzeba odświeżyć lub uzupełnić o specjalną jubileuszową wersję winylową, jak to ma miejsce w tym przypadku. Z reguły utożsamiamy się z muzyką naszej młodości, która nadal w nas żyje i wzbudza wspomnienia. Wystarczy tylko zdmuchnąć kurz z jej powierzchni, by przekonać się o jej ponadczasowej wartości.
Album „Closer” został nagrany w następującym składzie: Ian Curtis – śpiew i gitary, Bernard Sumner – gitary, bas, syntezatory, Peter Hook – bas, gitara oraz Stephen Morris – perkusja. Co bardziej czyni ten album prawdziwym muzycznym fenomenem: tragedia artysty i narastającego smutku, braku nadziei i zwątpienia czy też twórcza doskonałość? Na to pytanie każdy musi sobie sam odpowiedzieć.
Andrzej Barwicki
CD 1 - Closer:
1. Atrocity Exhibition 6:07
2. Isolation 2:53
3. Passover 4:47
4. Colony 3:56
5. A Means To An End 4:10
6. Heart And Soul 5:52
7. Twenty Four Hours 4:26
8. The Eternal 6:08
9. Decades 6:11
CD 2 - University Of London Union Live 8 February 1980:
1. Dead Souls 4:59
2. Glass 3:42
3. A Means To An End 4:01
4. Twenty Four Hours 4:06
5. Passover 4:54
6. Insight 4:01
7. Colony 4:04
8. These Days 4:17
9. Love Will Tear Us Apart 3:14
10. Isolation 4:42
11. The Eternal 6:30
12. Digital 3:14
Both CDs are held in a gatefold cardboard digipack which in turn is held in a firm plastic sleeve sporting Collector's Edition at the bottom.
A black and white booklet featuring new band interviews, photos and track overviews is also held in the digipak.
Bernard Albrecht - guitars, keyboards
Ian Curtis - vocal, guitar
Peter Hook - bass
Stephen Morris - drums
https://www.youtube.com/watch?v=O3_rk3u0los
SEED 14:30-23:00.
POLECAM!!!
[ Pokaż/Ukryj ]
Podgląd zawartości dostępny jest tylko dla zalogowanych użytkowników.
|